Wiecie, że amarantus (także ekspandowany, czyli ten taki „dmuchany/ preparowany, którego nie trzeba gotować) to źródło białka, węglowodanów, tłuszczu (głównie nienasyconych kwasów tłuszczowych). Zawiera błonnik, antyoksydanty i minerały, w tym wapń, którego jest więcej niż w mleku!, magnez (więcej niż w szpinaku czy czekolady), żelazo, miedź, fosfor oraz witaminy (głównie E i B). Dodatkowo nie zawiera glutenu, więc z powodzeniem mogą jeść go bezglutenowcy!

Dziś szybkie jak błyskawica ciasteczka. Minuta mieszania, 10 minut pieczenia. Czego chcieć więcej?:)

W konsystencji są miękkie, nawet na drugi dzień. Znikają w mgnieniu oka. Spróbujcie i pokochajcie amarantus.

 

Nastaw piekarnik na 180’C z termoobiegiem. Blachę wyłóż papierem do pieczenia.

W misce połącz i wymieszaj łyżką:

  • 1 szklankę amarantusa ekspandowanego;
  • 1 łyżkę oleju np. koko lub rzepakowego;
  • 1 jajko;
  • 2 łyżki syropu z agawy (bio a nie syntetyczny)/ daktylowego/ miodu (po 12m).

Wymieszaj bardzo dokładnie i nakładaj po jednej łyżce porcje „ciasta” na blachę. Spłaszczaj i formuj kształt ciasteczka, wyjdzie ok 12 sztuk w zależności od wielkości.

Piecz na środkowym poziomie piekarnika 10 minut.

Pozostaw na blaszce do ostygnięcia, a następnie za pomocą szpatułki odklejaj ciasteczka delikatnie od papieru.

Mała uwaga dot. smaku – amarantus ma bardzo specyficzny smak. Mówimy z Anią, że albo ktoś go pokocha albo znienawidzi. Ale firma produkująca też ma znaczenie. Np. ten z Dobrej kalorii jest biały i w smaku prawie niewyczuwalny, natomiast ten od firmy ViVio ma taki brązowy kolor i lekko orzechowy smak. Właśnie z niego dziś robiłam te ciasteczka i są pyszne.

Kulisy naszej „fotografii” kulinarnej tutaj:

 

a tu zdjęcia:)

A tutaj powyżej ciasteczka w trawie:) taka ”wariacja” na temat ulubionej książki ostatnich dni „Jano i Wito w trawie” wyd. Mamania.